Przy kawie... „BADANIA HISTORYCZNE WYMAGAJA SPOKOJU..."

ZNAD PISY

ROZMOWY KLIO...

Odsłon : 117121

„BADANIA HISTORYCZNE WYMAGAJA SPOKOJU..."
(6 głosów, średnia ocena 4.83 na 5)

 

 

- Z JERZYM KUŁAKIEM O 3 WILEŃSKIEJ BRYGADZIE NZW, O TRUDNYCH WĄTKACH POWOJENNEJ HISTORII POLSKI, O ROLI FILMU W KSZTAŁTOWANIU ŚWIADOMOŚCI HISTORYCZNEJ POLAKÓW....

rozmawiał WALDEMAR BRENDA

 

Rozmowę przeprowadzono 9 maja 2009r. w Muzeum Ziemi Piskiej

 

 

 

 

Waldemar Brenda: Napisałeś książkę o 3 Wileńskiej Brygadzie Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Co to był za oddział?


Jerzy Kułak: Dowódcą oddziału był kpt. Romuald Rajs „Bury". Jego zastępcą, który często dowodził oddziałem, był ppor. Kazimierz Chmielowski „Rekin". Oddział w latach 1945-1946 był aktywny na Białostocczyźnie, ale także na terenie wschodniej części województwa warszawskiego i również województwa olsztyńskiego, czyli prawie cała północno- wschodnia Polska była objęta jego działalnością. Był to oddział okręgowego Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, największa jednostka zbrojna NZW w Polsce północno - wschodniej. W lutym 1946r., a więc w okresie największego stanu ilościowego, licząca około 120 żołnierzy.


- Skąd w nazwie brygady wzięło się określenie „wileńska"?


- Oczywiście „Bury" jak i większość kadry dowódczej 3 Brygady wywodzili się z Wileńszczyzny, właśnie z 3 Wileńskiej Brygady AK, w której „Bury", wtedy w stopniu porucznika, był zastępcą dowódcy. W lipcu 1944 w Puszczy Rudnickiej 3 brygada AK została rozwiązana. Wileńskie oddziały były wtedy otoczone przez wojska NKWD, które żądały poddania się. Większość brygad została rozwiązana, żołnierze rozpuszczeni do domów. „Bury", który potem trafił na Białostocczyźnie, a w 1945 r. znalazła się tu również część jego żołnierzy, dołączył wraz ze swoim - stacjonującym w Hajnówce - plutonem ochrony lasów LWP do 5 Wileńskiej Brygady AK, odtworzonej na Białostocczyźnie przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę". Został w niej dowódcą 2 szwadronu. Po rozwiązaniu brygady „Łupaszki" na jesieni 1945r., „Bury" nawiązał kontakt z białostockim dowództwem okręgowym Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i wraz z częścią szwadronu, około 20 ludźmi, podporządkował się Komendzie Okręgu „Chrobry" NZW, chcąc kontynuować walkę zbrojną z komunistami. Plany taktyczne Komendy Okręgu w tym czasie były takie, że postanowiono skorzystać z okazji i utworzyć w oparciu o ten oddział dużą jednostkę partyzancką, która miała ułatwić przejęcie od - ujawniającej się w ocenie NZW Armii Krajowej -Armii Krajowej Obywateli - terenu i struktur. Miała też być elementem decydującym w walce z komunistami, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów. Należy się domyślać, że sama nazwa - 3 Wileńska Brygada NZW była autorstwa Romualda Rajsa.


- Mówiłeś, że brygada „Burego" pojawiła się we wschodniej części Mazur w lutym 1946r. W trakcie tej wyprawy „pruskiej", doszło do największej po wojnie bitwy partyzanckiej w regionie...


- Oddział został przerzucony na ten teren, gdyż obszar Białostocczyzny objęła wielka obława przeciwpartyzancka resortu bezpieczeństwa. Do tej operacji użyto wówczas kilka tysięcy żołnierzy KBW i LWP, wspieranych przez oddziały NKWD. Obława rozpoczęła się 5 lutego 1946 r., czyli kilka dni potem, gdy brygada spacyfikowała białoruskie wsie. Miała to być demonstracja zbrojna, przeprowadzona przez ten oddział w związku ze zbliżającymi się, jak wówczas sadzono, wyborami, demonstracja, która miała prawdopodobnie zastraszyć ludność białoruską, uznawaną za sympatyków nowej władzy. Ta akcja brygady zbiegła się z przygotowaniami i następnie realizacją wspomnianej przeze mnie operacji sił komunistycznych, w związku z czym dowództwo białostockiego NZW zostało zmuszone do wyprowadzenia oddziału z zagrożonego terenu. Wybrano właśnie wschodnią część Mazur. „Bury" wraz z żołnierzami i licznym taborem, przemieścił się w rejon Puszczy Boreckiej. Brygada został rozmieszczona pod Orłowem, w Jelonku i Gajrowskich. Jednak od pierwszych chwil, jakie upłynęły po przekroczeniu dawnej granicy polsko- pruskiej, tak znaczna ilość ludzi i wozów przyciągnęła uwagę resortu bezpieczeństwa. I gdy partyzanci zostali rozlokowani we wspominanych miejscowościach, władze bezpieczeństwa przystąpiły do okrążenia brygady. Część brygady w Gajrowskich została zaatakowana z dwóch stron przez polsko- sowiecką grupę operacyjną. Mimo początkowego zamieszania, oddział został ocalony dzięki rozkazowi kpt. „Burego", który wcześniej wysłał do Jelonka silny oddział rozpoznawczy pod dowództwem por. „Rekina". „Rekin" powstrzymał nadchodzącą z drugiej strony obławę, co dało możliwość wyrwania się 3 Brygady z niedomkniętego kotła. Poniesiono wprawdzie straty, ale uratowano jednostkę. W czasie walki doszło jednak do rozdzielenia brygady na dwa oddziały. Jeden, liczący około 20 żołnierzy dowodzonych bezpośrednio przez kpt. „Burego", który od razu udał się na południe. I druga grupa, znacznie większa, około 90 żołnierzy, dowodzonych przez „Rekina", którzy początkowo poszli na północ, w kierunku Puszczy Boreckiej i ponad tydzień później, nie niepokojeni przez nikogo, zawrócili w Białostockie.

Natomiast mniejszy oddział podczas odwrotu spod Orłowa był ścigany przez znaczne siły wojsk bezpieczeństwa. Ta polsko- sowiecka grupa operacyjna liczyła około 1500 żołnierzy, ale mimo to „Buremu" udało się bez kolejnych strat dotrzeć w Łomżyńskie i dopiero tutaj natknął się na zasadzkę, w której zginął dowódca jednego z plutonów, sierż. „Stalowy".


- Czy to był przypadek, że w okresie tego zagrożenia spowodowanego operacją KBW na Białostocczyźnie, na miejsce dyslokacji brygady wybrano właśnie tę część Mazur, która była znana Kazimierzowi Chmielowskiemu „Rekinowi"? Jego rodzina po wyjeździe z Wileńszczyzny, zamieszkała w Wydminach. Chmielowski na jesieni 1945r. ją odwiedził. A potem, w czasie „pruskiej" wyprawy, oddział „Rekina" zajął Wydminy na kilka godzin.


- Trudno powiedzieć, dlaczego „Bury" zdecydował się na wymarsz brygady właśnie do byłych Prus Wschodnich. Brakuje nam informacji, ale raczej mało prawdopodobne, aby fakt zamieszkiwania tam rodziny Kazimierza Chmielowskiego miał tu znaczenie decydujące. Jeśli nawet tak było, to był to raczej błąd. Na terenie Mazur nie było wtedy jeszcze zorganizowanej siatki konspiracyjnej. To były raczej początki jej tworzenia, a więc brygada nie mogła liczyć na życzliwe zaplecze. To widać w działaniach władz bezpieczeństwa, które nie miały problemu z zebraniem informacji o pojawieniu się partyzantów. Takich danych aparat bezpieczeństwa nie pozyskiwał w Łomżyńskiem czy na Podlasiu, gdzie współpracująca z podziemiem ludność potrafiła ułatwić „zniknięcie" tak dużej jednostki partyzanckiej. To pokazuje, jak ważne w działalności partyzanckiej było zaplecze, siatka terenowa. Tymczasem we wschodniej części Mazur oddział nie miał skąd brać żywności, można powiedzieć, że była ona pod „kontrolą", gdyż znajdowała się przede wszystkim w zarządzanych przez wojsko majątkach. Poza tym region pokrywała gęsta sieć dróg, które ułatwiały szybki transport samochodowy, a brygada poruszała się znacznie wolniej, furmankami. Mniejsze oddziały partyzanckie mogły sobie dawać radę w takich warunkach. Dużej brygadzie było znacznie trudniej.]


 

- Jak byś ocenił por. „Rekina". W książce widać, że darzysz sympatią tą postać?


- Był to doskonały partyzant o ogromnym doświadczeniu bojowym. Był znakomitym

rekin

 

 

taktykiem walki partyzanckiej. Świetnie dowodził oddziałem, nawet w sytuacjach wydawałoby się, że beznadziejnych, potrafił wyprowadzić oddział z kłopotów. Tak było na przykład pod Hilarowem, we wschodniej części województwa warszawskiego. Oddział został tam w lipcu 1946r. zaatakowany przez grupę operacyjną, jednak „Rekin" zdołał wycofać go, wprawdzie ponosząc straty, ale ocalił większość swoich ludzi. „Rekin" był niewątpliwie dobrym żołnierzem, lubianym przez podwładnych, widzących w nim bezpośredniego, młodego człowieka. Oprócz tego nie był zamieszany w pacyfikację białoruskich wsi. Zresztą nie wydawał kontrowersyjnych - jak by to można było dziś powiedzieć - rozkazów. Wszystko w granicach wytyczonych warunkami walki (no, może ten „incydent" z Niemką na Prusach nie podoba mi się. Widać tu wyraźny, negatywny, wpływ na psychikę człowieka lat walki z bronią w ręku). Ponadto miał już zdaną w Wilnie maturę (90% żołnierzy oddziału miało 4 klasy szkoły powszechnej), co widać było w jego zachowaniu i postępowaniu.


- A Romuald Rajs?


- Co innego kapitan „Bury", który wzbudzał respekt i żołnierze raczej się go bali niż lubili. Oczywiście też należy podkreślić fakt, że był znakomitym taktykiem, mamy tego wiele przykładów, chociażby ten powrót spod Orłowa, gdy malutki oddział ścigany był przez potężnego wroga, a jednak ten niewielki oddział kapitana „Burego" skutecznie wymykał się z zastawionych sideł. To był naprawdę duży wyczyn - powrót na Białostocczyznę z pościgiem na karku. Gorzej było, gdy „Bury" zaczął się zajmować polityką, w białostockiej Komendzie Okręgu „Chrobry" NZW. Nie wyszło mu to najlepiej, gdyż się po prostu do takich rzeczy nie nadawał zarówno ze względu na brak wykształcenia jak i umiejętności.
To m.in. właśnie dlatego doszło do tragicznych wydarzeń związanych z pacyfikacją przez 3 Brygadę wsi białoruskich, ale również do zwalczania oddziałów AKO-WiN, czy aktywizacji oddziałów PAS NZW jesienią 1945 r., co spowodowało ściągnięcie na teren województwa przez resort bezpieczeństwa dodatkowych sił i doprowadziło do rozpoczęcia w lutym 1946 r. Największej w skali kraju pacyfikacji województwa. Niewątpliwie jednak „Bury" był znakomitym oficerem liniowym i tylko szkoda, że na tym nie poprzestał.


rekin i bury- Jaki był ich koniec?


- No cóż... Obydwaj zostali aresztowani. Kapitan „Bury" na jesieni 1948 r. przebywał z żoną i małym synkiem w Karpaczu, być może planował stamtąd przedzierać się przez „zieloną granicę" na Zachód. Nigdy do tego nie doszło. Został wsypany przez jedną z łączniczek, która przyjeżdżała do niego z województwa białostockiego, ona i jej siostra utrzymywały też kontakt z rodziną Rajsa zamieszkałą w Elblągu, z innym łącznikiem w Krakowie, z istniejącą jeszcze w Białostockiem konspiracją. I po ich aresztowaniu, te wszystkie kontakty zostały ujawnione. „Bury" został aresztowany i sam z kolei wskazał miejsce pobytu por. „Rekina" i jego rodziny. Zresztą to miejsce znały również obydwie łączniczki. Niecały miesiąc po aresztowaniu „Burego" w ręce UB wpadł również „Rekin". Po wielomiesięcznym śledztwie, we wrześniu 1949 r. na pokazowym procesie w istniejącym do dziś kinie „Ton" zostali skazani. Romuald Rajs na karę śmierci, Kazimierz Chmielowski na dożywotnie więzienie, ale na skutek zażalenia prokuratora, również i on w następnym roku otrzymał najwyższy wymiar kary. Wyroki zostały wykonane.


- Czy to ze względu na ich śmierć, zatytułowałeś książkę - „Rozstrzelany oddział"?


- Oczywiście nie tylko ich śmierć była powodem. Kilkakrotnie się zdarzyło, że schwytani żołnierze brygady, masowo byli skazywani na śmierć. Były dwa takie procesy, pierwszy w kwietniu 1946r. po bitwie pod Brzozowo- Antoniami w pow. Wysokie Mazowieckie, gdzie 3 Brygada NZW i 6 Wileńska Brygada AK rozbiły grupę operacyjną UB. Po dwóch dniach z kolei pościg KBW i UB zadał duże straty obu zgrupowaniom. W wyniku bitwy w ręce KBW dostało się kilkunastu żołnierzy. Zostali oni w procesie pokazowym w teatrze białostockim skazani na karę śmierci. Druga taka duża grupa straconych żołnierzy dostała się do niewoli po bitwie pod Hilarowem, byli sądzeni w Warszawie lub na miejscu, w okolicznych wsiach. Kolejna grupa, straconych z wyroków sądów doraźnych żołnierzy oddziału została aresztowana w listopadzie 1946 r. po pacyfikacji terenu gminy Krypno, pow. Białystok (II kompania NZW). Także ludzie z siatki konspiracyjnej wspierający oddział byli często aresztowani i z wyroków sądów doraźnych traceni bądź publicznie, bądź w ukryciu. Niektórzy nie mieli szczęścia przeżyć śledztwa, jak opisany przeze mnie Józef Kulesza ze wsi Brzozowo Stare, pow. Wysokie Mazowieckie, aresztowany w maju 1946 r. i następnego dnia zakatowany w wysokomazowieckim UBP.


- Twoje opracowanie na temat 3 Wileńskiej Brygady NZW znalazło się wśród propozycji, zgłoszonych do tytułu najlepszej książki historycznej minionego roku. Jak myślisz, co jest atutem „Rozstrzelanego oddziału"?


- Hm... trudno powiedzieć, bo przecież nie znam uzasadnienia zgłoszenia. Jak sądzę z przekazywanych mi opinii kolegów historyków, być może chodziło o to, że nie tylko przedstawiłem bardzo szczegółowo działalność oddziału (od siebie dodam, że na bardzo szerokim tle, bo omówiłem także działalność 3 Wileńskiej Brygady AK na Wileńszczyźnie, postępowanie wojsk okupacyjnych na terenie Białostocczyzny w latach 1944 - 1946, tworzenie struktur PKWN, metody zwalczania podziemia niepodległościowego stosowane przez resort bezpieczeństwa), bo przy całej mojej sympatii do walki prowadzonej przez podziemie niepodległościowe krytycznie podszedłem do oceny działalności dowództwa białostockiego NZW. Oceny krytyczne bardzo trudno dziś spotkać w tego typu wydawnictwach, gdyż nadal w większość publikacji unika się ocen, z góry niejako usprawiedliwiając wszystkie wydawane przez poszczególnych dowódców rozkazy. Cóż, nie uznaję, że cel (walka o niepodległość) uświęca środki (np. pacyfikacja białoruskich wsi) i konsekwencje takiego stanowiska są widoczne w mojej książce. Poza tym książka oparta jest w znacznym stopniu na relacjach żołnierzy oddziału i innych naocznych świadków wydarzeń (udało mi się nawet nagrać relację pułkownika KBW, który wówczas brał udział w walkach z 3 Brygadą). Ich wspomnienia są dodatkowym atutem książki. Ponadto w wielu wypadkach relacje zostały - gdy tylko było to możliwe - zweryfikowane przez dokumenty NZW lub KBW i UB. Zapewne też język, jakim się posługuję jest nieco inny od języka historyków, ze względu na moje prawnicze wykształcenie, jest więc bardziej obrazowy, mniej hermetyczny. Jak mi się wydaje takie książki łatwiej się czyta, ale to może tylko moja odosobniona opinia, bo wiadomo - każdy chwali swoje. Niewątpliwie swój wpływ na kształt i formę „Rozstrzelanego oddziału..." miał także - co muszę szczególnie podkreślić - śp. prof. Tomasz Strzembosz, bowiem byłem uczestnikiem prowadzonego przez niego seminarium doktoranckiego. Monografia 3 Wileńskiej Brygady NZW miała być moim doktoratem z historii, co z powodu śmierci Profesora nie doszło do skutku.


- Jakie trudności musi pokonać historyk, zajmujący się badaniem dziejów antykomunistycznego podziemia w Polsce?


- Podstawowa trudność to brak instytucji wpierających finansowo takie badania. Nawet jeśli takie stowarzyszenia lub fundacje istnieją, to i tak dysponują niezwykle skromnymi środkami finansowymi dostępnymi tylko dla nielicznych. Z tego właśnie powodu wielu historyków musi pracować na dwóch etatach, często nie mających nic wspólnego z prowadzonymi przez nich badaniami, bo z jednego nie są w stanie utrzymać rodziny. Z tej perspektywy patrząc istnieje wiele fundacji, które po prostu marnotrawią olbrzymie środki finansowe na działalność, która nie przynosi żadnych rezultatów i w rzeczywistości nie jest społecznie użyteczna.

Ponadto znane są wszystkim kłopoty z dostępem do archiwów IPN, wywołane nieustannie zmieniającymi się przepisami oraz zmniejszaniem budżetu tej instytucji. Jest to związane zawsze z zawirowaniami w sferze bieżącej polityki, która stara się ingerować w badania historyczne w celu wykorzystywania ich do walki z politycznymi przeciwnikami. Jest to szczególnie irytujące, bo badania historyczne wymagają po prostu spokoju.


- Bardzo trudno jest przezwyciężyć stereotypowy obraz podziemia antykomunistycznego, wytworzony przez komunistyczną propagandę. Czy w tym przywracaniu społecznej pamięci większą rolę mogą odegrać prace naukowe, czy raczej przekaz innego rodzaju - publicystyka, literatura, film?


- Wydaje mi się, że szczególna rola w tym zakresie przypada - z natury rzeczy - filmowi fabularnemu. Jednak ze względu na to, że większość reżyserów (szczególnie tych o znanych nazwiskach) wychowała się i wykształciła w PRL, to ich ocena powojennego podziemia jest zapewne zbliżona do ocen formułowanych przez ówczesną propagandę. Wolą więc kręcić współczesne komedie i filmy sensacyjne, często opisujące moralne dylematy funkcjonariuszy byłej SB, niż zająć się nakręceniem dobrego filmu sensacyjnego lub melodramatu o walce UB z niepodległościowym podziemiem. Bo, że jest to temat doskonale się nadający na takie filmy, to nie mam wątpliwości (wątpię natomiast, żeby miał powodzenie film typowo historyczny, edukacyjny - biletów na taki film nikt nie kupi, chyba, że zmuszone przez kuratorium oświaty szkoły). Najpierw więc reżyser musi chcieć, a z drugiej strony musi powstać dobry scenariusz napisany przez autora, który ma pojęcie o czym pisze (że przypomnę sprawę scenariusza do filmu o obronie Westerplatte) i potrafi przełożyć to na język filmu. A takich osób brak. Zresztą sprawa nie jest łatwa. Nawet nazwisko znanego reżysera nie gwarantuje sukcesu. Przykładem jest ostatnio choćby „Katyń". Jest więc, jak jest i nic nie wróży w najbliższej przyszłości zmian na lepsze.


-Dziękuję za rozmowę


(Jerzy Kułak - historyk zajmujący się dziejami konspiracji antykomunistycznej na Białostocczyźnie, autor m.in. książki „Rozstrzelany oddział. Monografia 3 Wileńskiej Brygady NZW - Białostocczyzna 1945 -1946")

 
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Wydarzenia

Brak wydarzeń
Luty 2012
N P W Ś C P S
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 1 2 3