
Z dr. Tomaszem Łabuszewskim
rozmawia Dariusz Jarosiński
Rozmowa przeprowadzona 7 listopada 2008r. w Muzeum Ziemi Piskiej w Piszu.
Dariusz Jarosiński: Co skłoniło Pana do zajęcia się naukowego podziemiem niepodległościowym, a w szczególności podziemiem związanym z Kresami II RP -Wileńszczyzną?
Tomasz Łabuszewski: Powody były bardzo osobiste. Tak się bowiem szczęśliwie złożyło, że moi oboje rodzice byli żołnierzami Armii Krajowej, co prawda nie związanymi z Wileńszczyzną, a Warszawą i Kielecczyzną. Niewątpliwie obraz przekazany przez nich był dla mnie obrazem całkowicie odmiennym od tego, który oferowano mi w latach 70. i 80. w szkole, w peerelowskiej literaturze. Rodzinne doświadczenia sprawiły, że moje zainteresowanie historią stało się niezwykle silne.
Miałem też to niebywałe szczęście spotkać po studiach dwie osoby, które dla mnie, historyka, były wzorem. Myślę tu przede wszystkim o śp. prof. Tomaszu Strzemboszu, który był promotorem mojej pracy doktorskiej oraz o dr. Andrzeju Kunercie, z którym dane mi było współpracować w Archiwum Polski Podziemnej.
Jak długo współpracują Panowie w tandemie: Tomasz Łabuszewski i Kazimierz Krajewski, bo to już są niemal nierozłączne nazwiska?
-Spotkaliśmy się na gruncie Archiwum Wschodniego w pierwszej połowie lat 90. Ja pisałem pracę magisterską na temat Okręgu Białostockiego AK i represji dokonanych tam przez aparat komunistyczny w roku 1944 i 1945, natomiast Kazimierz Krajewski był już wtedy znanym autorem monografii o Uderzeniowych Batalionach Kadrowych i miał napisaną monografię Okręgu Nowogródzkiego ZWZ-AK. Teren Białostocczyzny stał się pierwszym terenem przez nas wspólnie „zagospodarowanym”.
Później ukierunkowanie na kwestie kresowe pogłębiło się, z racji rozpoczęcia przeze mnie badań dotyczących Inspektoratu Grodzieńskiego AK, czyli konspiracji grodzieńskiej i wołkowyskiej. Dzięki temu ta współpraca stała się owocna, a w IPN-ie nabrała charakteru formalno – zawodowego.
Fascynująca jest historia wileńskiej AK, fascynująca jest historia majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” – jednego z najwybitniejszych polskich oficerów.
-W osobie majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, jego podkomendnych, widzimy to, czego nam najbardziej brakuje na co dzień – patriotyzmu, propaństwowego myślenia o ojczyźnie. Dla wielu współczesnych Polaków są to pojęcia całkowicie wyprane z właściwych znaczeń. Tymczasem partyzanci wileńscy za swoje przywiązanie do tradycji patriotycznej, niepodległościowej byli gotowi – z pełną świadomością tego wyboru – zapłacić cenę najwyższą.
Wysiłek tej ogromnej zbiorowości, ludzi tkwiących w konspiracji po wojnie, godnych najwyższego szacunku, przesunął sowietyzację Polski na wielu płaszczyznach o kilka lat. Być może inaczej wyglądałaby historia Polski, historia polskiego Kościoła katolickiego, gdyby nie owi ludzie tkwiący w konspiracji. Warto o tym pamiętać.
Na tle powojennej polskiej konspiracji, konspiracja wileńska poprzez swój idealizm, poprzez swoją determinację, również radykalizm, jest zjawiskiem szczególnym. Ona ogniskuje w sobie to wszystko, co tę zbiorowość powojennego podziemia niepodległościowego en bloc charakteryzowało.
Nie brakuje ciągle w Polsce historyków, publicystów głoszących tezę, że w Polsce po roku 1944 była wojna domowa.
-To jest tak naprawdę pochodna podstawowego aksjomatu ukutego przez propagandę komunistyczną dotycząca tego, że komunizm był tylko jedną z dróg wyboru polskiego społeczeństwa – i że społeczeństwo polskie takiego wyboru dokonało. A przecież nic takiego nie miało miejsca. Społeczeństwo polskie nie miało żadnego wyboru. Była to po prostu okupacja.
Jeżeli mówimy o wojnie domowej, to trzeba przede wszystkim zastanowić się nad tym: jaki był czynnik dominujący w owej „wojnie” w roku 1944, 45, 46? Tym czynnikiem nie był polski aparat bezpieczeństwa, tylko siły sowieckie. Mieliśmy do czynienia z ewidentną agresją obcego państwa na terytorium Polski. Mieliśmy do czynienia z dokonanym zaborem części ziem polskich przez Sowietów. I mieliśmy do czynienia z represjami na ogromną skalę: do stycznia 1945 roku wywieziono 50 tysięcy ludzi, na terenie Kresów północno-wschodnich zabito ponad dwa tysiące ludzi.
Cechą charakterystyczną wojny domowej jest także pewne zrównoważenie sił. Jeśli spojrzymy na siły polskiego komunistycznego aparatu represji użyte do likwidacji polskiego podziemia powojennego, zarówno politycznego, jak i zbrojnego, to widzimy, że mieliśmy do czynienia z „polowaniem z nagonką”, mającym na celu wyniszczenie fizyczne ludzi podziemia, pacyfikacjami służącymi zastraszaniu społeczeństwa. W okresie największego rozrostu konspiracji powojennej z lata 1945 r. liczba partyzantów wynosiła około 20 tysięcy ludzi, z drugiej, komunistycznej strony, mieliśmy już wówczas około 200 tysięcy.
Na początku lat 50. resortowi bezpieczeństwa publicznego podlegało 320 tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy. Do tego trzeba dodać ok. 400 tysięcy żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy zwłaszcza do 1947 roku byli używani do działań pacyfikacyjnych oraz około 30-35 tysięcy żołnierzy Wojsk Wewnętrznych NKWD . Gdzież tu można mówić o wojnie domowej?
Zbigniew Herbert uważał, że sens walki powinien być mierzony nie jej szansami na zwycięstwo, lecz wartościami, w obronie której została podjęta. Częstokroć partyzanci nie mieli też po prostu wyboru – jedynie w lesie mogli czuć się w miarę bezpiecznie. Po dekonspiracji czekało ich, w najlepszym wypadku, komunistyczne więzienie.
Ten sens walki o wartości był nawet wówczas, kiedy na terenie całej Polski w oddziałach było stu kilkudziesięciu partyzantów, bo oni dawali świadectwo społecznościom lokalnym, dzięki którym funkcjonowali, że ten opór istnieje, że owo przywiązanie do wartości, mimo umacniającego się systemu komunistycznego, jest ważne, że należy to przywiązanie kultywować. Inaczej schodzimy na poziom dysputy propagandowej rodem z poprzedniego reżimu, gdzie odbierano powojennemu podziemiu – z racji braku szans na wygraną – sens prowadzenia działań.
Gdybyśmy rozumowali w ten sposób, powinniśmy zanegować wszystkie powstania niepodległościowe, które miały miejsce w historii Polski. Tymczasem – tamtych nie negujemy, a tego powojennego nie chcemy nawet obdarzyć określeniem powstanie – to po pierwsze, a po drugie – staramy się w sposób ewidentny zdeprecjonować jego znaczenie. Zadaję pytanie: dlaczego, skoro np. powstanie styczniowe, patrząc z punktu widzenia militarnego, miało takie same szanse powodzenia, jak powstanie antykomunistyczne po roku 1944. Było uhonorowane, było traktowane jako ważny element „wykuwania” tradycji niepodległościowej – to dlaczego to jest tak deprecjonowane? Czy jest to dalszy ciąg zawłaszczania tradycji niepodległościowej między rokiem 1944 a 1989 przez pewne grupy, dlatego w ogóle nie warto pamiętać o tamtych konspiratorach? To jest oczywiście pytanie retoryczne.
Warto zastanowić się nad znaczeniem owego oporu, poza wymiarem symbolicznym. Czy kolejne sekwencje, dotyczące kolektywizacji rolnictwa, dotyczące represji wobec Kościoła, czy te sekwencje bez owego oporu wyglądałyby inaczej, czy ich natężenie byłoby inne? Czy w konsekwencji Polska roku 1953, 54, 55 wyglądałaby tak samo, czy wyglądałaby inaczej? To są oczywiście pytania, na które ja jako historyk, dysponując tymi instrumentami, które posiadam, nie mogę dać jednoznacznej odpowiedzi, ale mogę postawić hipotezę, że wyglądałaby inaczej.
Było wiele wspaniałych, bohaterskich postaci powojennego podziemia. A który z żołnierzy wileńskich jest Panu najbliższy?
-Niezwykle tragiczną postacią, z formacji podległych majorowi Zygmuntowi Szendzielarzowi „Łupaszce”, jest na pewno Henryk Wieliczko „Lufa”. Nie mniej tragiczną postacią jest Lucjan Minkiewicz „Wiktor”. Henryk Wieliczko „Lufa” – bardzo młody człowiek, który zapłacił za przywiązanie do wartości, przywiązanie do swego środowiska cenę najwyższą. Jest przykładem zdeterminowanego partyzanta, bojownika, który walczył do końca.
Natomiast Lucjan Minkiewicz „Wiktor”, student Politechniki Wileńskiej, utalentowany muzyk, który – no właśnie, nie bardzo widział sens walki po 1945 roku, ale w poczuciu odpowiedzialności za swoich żołnierzy, pozostał z nimi. Podobnie jak „Lufa”, „Wiktor” też zapłacił cenę najwyższą. Poddany został okrutnej presji psychicznej w więzieniu. Jego żona urodziła w więzieniu dziecko.
Propaganda komunistyczna poczyniła w świadomości historycznej, narodowej Polaków duże spustoszenie. Nie brakuje osób, całych środowisk określających naszych bohaterów narodowych bandytami. Nikt nie ważyłby się w ten sposób nazwać np. powstańców styczniowych. Wiele jeszcze pracy przed historykami, publicystami, dziennikarzami.
-Powiem może tak, mieliśmy niedawno konferencję w Ostrołęce, do której przygotowując się przeglądałem charakterystyki powiatu z połowy lat 50. opracowane przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Bardzo znamienna była tam informacja, iż w okresie międzywojennym najważniejszym ugrupowaniem politycznym funkcjonującym na Kurpiach było Stronnictwo Narodowe i była następująca adnotacja, iż: obecnie działacze tego Stronnictwa nie znajdują się w kręgu zainteresowania aparatu bezpieczeństwa, ponieważ w większości już nie żyją. O czym to świadczy? Jest to symboliczna konstatacja, że owi działacze polityczni, niepodległościowi zostali po prostu fizycznie wyniszczeni przez okupanta niemieckiego, a później przez komunistyczny aparat represji.
Tak naprawdę znaczna część owych ludzi nie miała swoich historyków, nie miała swoich poetów poza Herbertem, nie miała też swoich kronikarzy, którzy by o tym wysiłku, o tym poświęceniu przypominali. Tymczasem kolejne grupy wchodzące na drogę walki o odzyskanie przez Polskę niepodległości takich piewców znalazły, co więcej – ich tradycja w sposób zasadniczy nie wiązała się z tradycją owych prekursorów walki o niepodległość i stąd też, jak sądzę, przyłączyli się oni do owego deprecjonowania wysiłku tych, którym należy się palma pierwszeństwa.
Jest to według mnie działanie kuriozalne, ponieważ dla każdego z tych środowisk na tej drodze znajdzie się miejsce. Każde wniosło przecież jakiś swój wkład. Kiedyś wysłuchałem wystąpienia jednego z liderów pokolenia marca 1968. Teza owego wystąpienia była mniej więcej taka, że prawica polska na owej drodze do odzyskania niepodległości przez Polskę jest sierotą, a jedynym twórczym nurtem jest nurt lewicowy. Jest to taka sama nieprawda, jak twierdzenie, że jedynym ugrupowaniem, które wniosło cokolwiek wartościowego jest prawica, a lewica jedynie kolaborowała z komuną.
Wymaga to spokojnego, obiektywnego osądu. Na pewno również badania dotyczące podziemia powojennego będą wymagały analizy poszczególnych przypadków działań uznawanych za naganne, czy wręcz zbrodnicze, natomiast to nie powinno zanegować generalnej opinii na temat zjawiska.
Warto chyba wspomnieć na koniec naszej rozmowy o Fundacji „Pamiętamy”, ale i innych stowarzyszeniach, które pełnią niebagatelną rolę w odkrywaniu historii, w budowaniu naszej tożsamości narodowej.
-Rola tego typu fundacji, stowarzyszeń jest niezwykle istotna, trudna do przecenienia. Znaczna część powojennych konspiratorów, którzy trwali w oporze do końca lat 40. nie ma do dzisiaj swoich grobów. Funkcjonariusze bezpieki w typowy dla komunistycznego aparatu bezpieczeństwa sposób pogardzali zwłokami osób zabitych. Identyczne zdjęcia znajdujemy na Łotwie, Litwie, Ukrainie. Partyzanci odarci z ubrania, butów, byli topieni w jakichś gnojowiskach, wrzucani do przydrożnych rowów. Częstokroć nikt nie był świadkiem tych czynności.
W ujęciu symbolicznym stawianie pomników tamtym bohaterom jest niezwykle ważne. Na drodze do odzyskania równowagi świadomości historycznej społeczności lokalnych, takie punkty odniesienia, materialne punkty odniesienia, są niezwykle cenne – one przywracają honor rodzinom, które były opluwane przez kilkadziesiąt lat. A u wszystkich tych, którzy do tej pory ulegali komunistycznej propagandzie, przynajmniej wzbudzą refleksję nad tym okresem.
(Dr Tomasz Łabuszewski - naczelnik Biura Edukacji Publicznej warszawskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Współautor z Kazimierzem Krajewskim m.in. książek „, , . Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944-1952)”, „Zwyczajny resort. Studia o aparacie bezpieczeństwa 1944-1956”, „Białostocki okręg AK-AKO”.
Dariusz Jarosiński – publicysta o zainteresowaniach regionalnych, redaktor naczelny miesięcznika „Debata”)
|