WOKÓŁ KULTURY
ZNAD PISY
ROZMOWY KLIO...
Najczęściej czytane
| „ZAPAMIĘTAŁAM OPUSZCZONE LEŚNICZÓWKI…” |
|
z LIDIĄ LWOW – EBERLE rozmawiali MIROSŁAW SOCHACKI i WALDEMAR BRENDA
(fragment rozmowy przeprowadzonej 11 marca 2010r. na Zamku w Nidzicy, podczas uroczystego otwarcia wystawy „Żołnierze wyklęci – zapomniani Bohaterowie. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944r.”, zorganizowanej dla uczczenia setnej rocznicy urodzin Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”)
- Na wiosnę 1946r. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” zebrał swoich żołnierzy w powiecie sztumskim i zarządził wyjście „w pole”. Powstały wtedy trzy szwadrony, dowodzone przez Zdzisława Badochę „Żelaznego”, Leona Smoleńskiego „Zeusa” i Henryka Wieliczko „Lufę”. W lecie 1946r. kilkunastoosobowy szwadron „Lufy” operował na Warmii i Mazurach…
- Taak?
- … a sam „Łupaszko” przebywał przede wszystkim razem z tym szwadronem… Dlaczego wybierał Henryka Wieliczkę i jego oddział?
- „Lufa” to był jeden z najstarszych żołnierzy, bo on jeszcze od „Kmicica” przyszedł do „Łupaszki”. Był bardzo dobrym pod każdym względem. I jako dowódca plutonu i jako zdyscyplinowany żołnierz – bo to różnie bywało… Też mieliśmy różne wypadki, przecież nas [na Wileńszczyźnie] było nawet 500 – 600 osób, to różnie bywało… I my z „Lufą” wróciliśmy na Podlasie…
- …z Pomorza przez Warmię i Mazury. Na Podlasiu operowała uformowana wcześniej VI Wileńska Brygada AK, która również podlegała „Łupaczce”. Było to już po tzw. referendum ludowym ale przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego. W tych okolicznościach, na jesieni 1946r. Zygmunt Szendzielarz postanowił ponownie zebrać wszystkie podległe sobie oddziały…
- I dlatego potem „Łupaszko” z Podlasia wysłał „Lufę” , bo zostawił na terenie Tucholi, w lasach tucholskich, dwa oddziały, „Zeusa” i „Żelaznego”, które chciał sprowadzić na Podlasie.
- To była już kolejna wędrówka szwadronu Henryka Wieliczko „Lufy” przez Mazury…
- Ale „Lufa” się z nimi nie spotkał i oni na jesieni rozwiązali na Pomorzu swoje oddziały.
- Czy Pani pamięta taki epizod w okolicach Pisza, jeszcze z września 1946r., gdy razem z Majorem i szwadronem „Lufy” przedzieraliście się na Podlasie… Opisuje to „Lufa” w swoim dzienniku… w pobliżu Szerokiego Boru napotkaliście wycieczkę z Warszawy…
- Ach pamiętam. Bo tam były bunkry poniemieckie. Pięknie zbudowane… Było kilkanaście tych bunkrów nad niedużym jeziorkiem. Myśmy się tam zakwaterowali i przyjechała wycieczka. Nie wiem, skąd ona przyjechała, w każdym razie spędziliśmy cały dzień razem. Śniadanie jedliśmy, śpiewaliśmy… tylko oni nie mogli wyjechać póki myśmy byli na tym biwaku. My dopiero pod wieczór wyszliśmy i wtedy pozwoliliśmy im odjechać. I trzeba powiedzieć, że kiedy mieszkałam z „Łupaszką” w Zakopanem, on poszedł do sanatorium dziecięcego na zabiegi kostne.
- Od przed wojny cierpiał na dolegliwości kręgosłupa…
- I czekaliśmy na korytarzu, żeby on mógł się spotkać z lekarzem. Wokół pełno biegających dzieci. W pewnym momencie podszedł do nas chłopak i mówi- „A ja znam panią i pana!” Pytamy – „skąd nas znasz?”. A on odpowiada: „Nad jeziorem się spotkaliśmy!” „No tak, rzeczywiście!” No i „Łupaszko” porozmawiał chwilę z tym chłopcem, było nam tak miło, ale już nie poszedł do lekarza. Wyszliśmy.
- Wie Pani, że znany jest jeszcze inny uczestnik tego spotkania? Wtedy był uczestnikiem harcerskiego obozu i wycieczki, opowiadał mi o tym spotkaniu z „dziwnym wojskiem” w pobliżu miejsca, gdzie dzisiaj ma domek, w którym co roku spędza wakacje.
- No właśnie. Pamiętam, że wtedy bardzo miło spędziliśmy ten czas. Był piękny dzień, który w całości z nimi wtedy spędziliśmy. Tylko oni nie mogli wyjechać, zanim myśmy nie opuścili obozowiska. Najpierw myśmy wyszli, a dopiero potem oni.
- Ale doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia?
- No oczywiście, że wiedzieli! My śpiewaliśmy polskie piosenki, nawzajem częstowaliśmy się zapasami. Było bardzo przyjemnie.
- A proszę jeszcze powiedzieć – same Prusy Wschodnie… Co Pani zapamiętała z pobytu brygady na tym terenie?
- Ja z Prus Wschodnich zapamiętałam, że były opuszczone, bez ludzi… Leśniczówki puste. Łany zboża, które już było takie stare, zniszczone. Myśmy nocowali w tych leśniczówkach i takie puste Warmia i Mazury wtedy były. Pamiętam dzikie zwierzęta przechodzące przez leśne dukty… tutaj zdziczała świnia, tam całe stado bobrów… Siedzimy na skraju lasu, przed nami łąka a tam dalej pola – nie zasiane, jeszcze żyto leży, skoszone, ale nie zebrane… a tu nagle kilkanaście bobrów wyszło… i po tej polanie biegały, a myśmy siedzieli i patrzyliśmy. Nikt nie strzelał do nich! No, widziałam dużo dzikich zwierząt właśnie wtedy, na Warmii i Mazurach, bo cała ta kraina była jak dzika. Jeszcze nie zaludniona. Bo to był 1946r. Dopiero przybywali ludzie, także z Wileńszczyzny, którzy osiedlali się. No po miasteczkach to myśmy nie nocowali, tylko po leśniczówkach. I tak zapamiętałam tę krainę – lasy, opuszczone leśniczówki, niezagospodarowane pola, pełne zniszczonego zboża, niezagrabione…
(Lidia Lwow - po mężu Eberle – pochodzi z rosyjskiej rodziny arystokratycznej, po rewolucji bolszewickiej mieszkającej w Polsce. Przed wojną ukończyła gimnazjum w Wilnie i rozpoczęła studia na Uniwersytecie Stefana Batorego. W czasie wojny wstąpiła do Armii Krajowej, w 1943r. pełniąc służbę sanitariuszki (ps. „Lala”) w oddziale partyzanckim Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Po rozbrojeniu brygady „Kmicica” przez partyzantów sowieckich, dołączyła do V Wileńskiej Brygady AK, będącej kontynuatorką oddziału A. Burzyńskiego. Stała się towarzyszką życia Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Aresztowana wraz z nim w czerwcu 1948r., została skazana na dożywocie. Wyszła na wolność w 1956r. i skończyła studia archeologiczne. Wyszła za mąż. Jej mieszkanie przez długie lata było miejscem spotkań wileńskich środowisk kombatanckich). |
„ZAPAMIĘTAŁAM OPUSZCZONE LEŚNICZÓWKI…”