Przy kawie... „ZAPAMIĘTAŁAM OPUSZCZONE LEŚNICZÓWKI…”

ZNAD PISY

ROZMOWY KLIO...

Odsłon : 143862

„ZAPAMIĘTAŁAM OPUSZCZONE LEŚNICZÓWKI…”
(6 głosów, średnia ocena 4.83 na 5)
z LIDIĄ LWOW – EBERLE rozmawiali MIROSŁAW SOCHACKI i WALDEMAR  BRENDA


(fragment rozmowy przeprowadzonej 11 marca 2010r. na Zamku w Nidzicy, podczas uroczystego otwarcia wystawy „Żołnierze wyklęci – zapomniani Bohaterowie. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944r.”, zorganizowanej dla uczczenia setnej rocznicy urodzin Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”)

 

- Na wiosnę 1946r. Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko” zebrał swoich żołnierzy w powiecie sztumskim i zarządził wyjście „w pole”. Powstały wtedy trzy szwadrony, dowodzone przez Zdzisława Badochę „Żelaznego”, Leona Smoleńskiego „Zeusa” i Henryka Wieliczko „Lufę”. W lecie 1946r. kilkunastoosobowy szwadron „Lufy” operował na Warmii i Mazurach…

- Taak?

 

- … a sam „Łupaszko” przebywał przede wszystkim razem z tym szwadronem… Dlaczego wybierał Henryka Wieliczkę i  jego oddział?

- „Lufa” to był jeden z najstarszych żołnierzy, bo on jeszcze od „Kmicica” przyszedł do „Łupaszki”. Był bardzo dobrym pod każdym względem. I jako dowódca plutonu i jako zdyscyplinowany żołnierz – bo to różnie bywało… Też mieliśmy różne wypadki, przecież nas [na Wileńszczyźnie] było nawet 500 – 600 osób, to różnie bywało… I my z „Lufą” wróciliśmy na Podlasie…

 

- …z Pomorza przez Warmię i Mazury. Na Podlasiu operowała uformowana wcześniej VI Wileńska Brygada AK, która również podlegała „Łupaczce”. Było to już po tzw. referendum ludowym ale przed wyborami do Sejmu Ustawodawczego. W tych okolicznościach, na jesieni 1946r. Zygmunt Szendzielarz postanowił ponownie zebrać wszystkie podległe sobie oddziały…

- I dlatego potem „Łupaszko” z Podlasia wysłał „Lufę” , bo zostawił na terenie Tucholi, w lasach tucholskich, dwa oddziały, „Zeusa” i „Żelaznego”, które chciał sprowadzić na Podlasie.

 

- To była już kolejna wędrówka szwadronu Henryka Wieliczko „Lufy” przez Mazury…

- Ale „Lufa” się  z nimi nie spotkał i oni na jesieni  rozwiązali na Pomorzu swoje oddziały.

 

- Czy Pani pamięta taki epizod w okolicach Pisza, jeszcze z września 1946r., gdy razem z Majorem i szwadronem „Lufy” przedzieraliście się na Podlasie… Opisuje to „Lufa” w swoim dzienniku… w pobliżu Szerokiego Boru napotkaliście wycieczkę z Warszawy…

- Ach pamiętam. Bo tam były bunkry poniemieckie. Pięknie zbudowane… Było kilkanaście tych bunkrów nad niedużym jeziorkiem. Myśmy się tam zakwaterowali i przyjechała wycieczka. Nie wiem, skąd ona przyjechała, w każdym razie spędziliśmy cały dzień razem. Śniadanie jedliśmy, śpiewaliśmy… tylko oni nie mogli wyjechać póki myśmy byli na tym biwaku. My dopiero pod wieczór wyszliśmy i wtedy pozwoliliśmy im odjechać. I trzeba powiedzieć, że kiedy mieszkałam z „Łupaszką” w Zakopanem, on poszedł do sanatorium dziecięcego na zabiegi kostne.

 

- Od przed wojny cierpiał na dolegliwości kręgosłupa…

- I czekaliśmy na korytarzu, żeby on mógł się spotkać z lekarzem. Wokół pełno biegających dzieci. W pewnym momencie podszedł do nas chłopak i mówi- „A ja znam panią i pana!” Pytamy – „skąd nas znasz?”. A on odpowiada: „Nad jeziorem się spotkaliśmy!” „No tak, rzeczywiście!” No i „Łupaszko” porozmawiał chwilę z tym chłopcem, było nam tak miło,  ale już nie poszedł do lekarza. Wyszliśmy.

 

- Wie Pani, że znany jest jeszcze inny uczestnik tego spotkania? Wtedy był uczestnikiem harcerskiego obozu i wycieczki, opowiadał mi o tym spotkaniu z „dziwnym wojskiem” w pobliżu miejsca, gdzie dzisiaj ma domek, w którym co roku spędza wakacje.

- No właśnie. Pamiętam, że wtedy bardzo miło spędziliśmy ten czas. Był piękny dzień, który w całości z nimi wtedy spędziliśmy. Tylko oni nie mogli wyjechać, zanim myśmy nie opuścili obozowiska. Najpierw myśmy wyszli, a dopiero potem oni.

 

- Ale doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia?

- No oczywiście, że wiedzieli! My śpiewaliśmy polskie piosenki, nawzajem częstowaliśmy się zapasami. Było bardzo przyjemnie.

 

- A proszę jeszcze powiedzieć – same Prusy Wschodnie… Co Pani zapamiętała z pobytu brygady na tym terenie?

- Ja z Prus Wschodnich zapamiętałam, że były opuszczone, bez ludzi… Leśniczówki puste. Łany zboża, które już było takie stare, zniszczone. Myśmy nocowali w tych leśniczówkach i takie puste Warmia i Mazury wtedy były. Pamiętam dzikie zwierzęta przechodzące przez leśne dukty… tutaj zdziczała świnia, tam całe stado bobrów… Siedzimy na skraju lasu, przed nami łąka a tam dalej pola – nie zasiane, jeszcze żyto leży, skoszone, ale nie zebrane… a tu nagle kilkanaście bobrów wyszło… i po tej polanie biegały, a myśmy siedzieli i patrzyliśmy. Nikt nie strzelał do nich! No, widziałam dużo dzikich zwierząt właśnie wtedy, na Warmii i Mazurach, bo cała ta kraina była jak dzika. Jeszcze nie zaludniona. Bo to był 1946r. Dopiero przybywali ludzie, także z Wileńszczyzny, którzy osiedlali się. No po miasteczkach to myśmy nie nocowali, tylko po leśniczówkach. I tak zapamiętałam tę krainę – lasy, opuszczone leśniczówki, niezagospodarowane pola, pełne zniszczonego zboża, niezagrabione…

 

(Lidia Lwow - po mężu Eberle – pochodzi z rosyjskiej rodziny arystokratycznej, po rewolucji bolszewickiej mieszkającej w Polsce. Przed wojną ukończyła gimnazjum w Wilnie i rozpoczęła studia na Uniwersytecie Stefana Batorego. W czasie wojny wstąpiła do Armii Krajowej, w 1943r. pełniąc służbę sanitariuszki (ps. „Lala”) w oddziale partyzanckim Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Po rozbrojeniu brygady „Kmicica” przez partyzantów sowieckich, dołączyła do V Wileńskiej Brygady AK, będącej kontynuatorką oddziału A. Burzyńskiego. Stała się towarzyszką życia Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Aresztowana wraz z nim w czerwcu 1948r., została skazana na dożywocie. Wyszła na wolność w 1956r. i skończyła studia archeologiczne. Wyszła za mąż. Jej mieszkanie przez długie lata było miejscem spotkań wileńskich środowisk kombatanckich).

 
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Wydarzenia

Brak wydarzeń
Maj 2012
N P W Ś C P S
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2