WOKÓŁ KULTURY
ZNAD PISY
ROZMOWY KLIO...
Najczęściej czytane
|
Ksiądz Jerzy Popiełuszko... Nie tylko w kinie...
W czwartek, 6 marca wraz z uczniami i gronem pedagogicznym Zespołu Szkół Katolickich w Piszu miałem możliwość wyjazdu do Olsztyna na film Rafała Wieczyńskiego „Wolność jest w nas. Popiełuszko.” Pełna sala w kinie oznaczała, że wszyscy łakniemy tematyki historycznej. Tymczasem od dawna słychać całkiem uzasadnione narzekania, że w polskiej kinematografii tak mało obrazów historycznych. Czy to skutek naszego zmęczenia przeszłością, czy raczej „zawstydzenia” heroicznym patrzeniem na historię, które to zawstydzenie przez dwudziestolecie III Rzeczypospolitej usiłowały narzucać niektóre środowiska...
Po obejrzeniu filmu o Popiełuszce, nawet, gdybym wcześniej miał wątpliwości co do powodów, dla których zaniedbywano w literaturze i filmie najnowsze dzieje Polski, to teraz bym te wątpliwości odrzucił. To byłoby zbyt karkołomne, mając przed oczami obraz pałujących zomowców, milicjantów tłukących Grzegorza Przemyka, czy pozbawionych twarzy, choć przecież znanych z imienia i nazwiska morderców ks. Jerzego, mówić o Kiszczaku- „człowiekhonoru” czy żądać „odpieprzenia się od Generała”. Wszak to ich twarze powinni mieć zabójcy. Bez względu na to, czy Jaruzelski albo Kiszczak mogli wiedzieć o planowanej zbrodni. Tu nie sposób rozstrzygnąć sporu, czy działo się to wszystko za ich wiedzą. Osobiście nawet w to wątpię. Ale z chwilą, gdy funkcjonariusze SB Grzegorz Piotrowski, Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, zostali skazani na śmiesznie niskie wyroki – wtedy właśnie Jaruzelski czy Kiszczak, czy wszyscy inni uczestnicy peerelowskiego establishmentu, stali się za tą zbrodnię współodpowiedzialni... Wróćmy jednak do filmu o księdzu Jerzym... Powrót z Olsztyna niemal w całości wypełniły komentarze. Na ogół wskazujące na bardzo życzliwy, choć podbudowany emocjami odbiór tego wielkiego widowiska. I nic dziwnego. Przez los jednego człowieka ukazana została powojenna historia Polski. Tu każde zdarzenie ma swoje historyczne przyczyny. Wzruszający dialog 6-letniego chłopca z ojcem, gdy przypadkiem, podczas grzybobrania są świadkami obławy na antykomunistyczną partyzantkę, w którym pytanie o ostrzeliwujących się „leśnych” (bandyci? żołnierze?) spotyka się z odpowiedzią ojca (cytuję z pamięci) - „To są rycerze”. I wkrótce potem chłopak, wygrzebuje na strychu przedwojenne roczniki „Rycerza Niepokalanej”, które może na całe życie, jak tamto grzybobranie, zaważyły na postępowaniu przyszłego męczennika. A potem prześladowania w wojsku, gdy kleryk Popiełuszko, nie chciał się podporządkować nakazanej walce z symbolami religijnymi. I imponujące, heroiczne sceny z czasu „Solidarności”. To wtedy robotnicy z „uczonymi”, każdy po swojemu i wszyscy wspólnie, odbudowywali zabraną przez komunizm ludzką godność...Robociarzom z Huty Warszawa pomagał w tym ksiądz Jerzy, tak trochę przypadkiem (ale czy można tu mówić o jakichkolwiek przypadkach?) trafiając z kapłańską posługą między ludzi w uwalanych smarem, drelichowych kombinezonach. Został z nimi, a oni byli już na zawsze z nim... Pięknie pokazane Msze za Ojczyznę, procesy polityczne i SB-eckie prowokacje, na które ksiądz Jerzy, rozumiejąc coraz więcej z policyjnej rzeczywistości Stanu Wojennego, wciąż miał swoją chrześcijańską odpowiedź: „Zło dobrem zwyciężaj”. Nie zawsze – czemu chyba trudno się dziwić - akceptowaną nawet przez jemu najbliższych. Cała ta historia została narysowana bardzo ostrą kreską. Nie ma tu miejsca na psychologiczne niuansowanie postaw i charakterów, na dzielenie włosa na czworo, na różne odcienie zła i dobra. Tu wszystko jest jasne, tam byli „Oni”, tu byliśmy „My”, a jak się ktoś załamał, poszedł na współpracę, to wcale nie przestawał być „nasz”, jeśli tylko potrafił zachować się przyzwoicie. Echo tych dramatów też w filmie znalazło swoje odbicie... Ale przecież tak właśnie większość z nas postrzegała tamtą rzeczywistość. Nasze „precz z komuną!” zostało wiernie przypomniane przez reżysera i jednocześnie autora scenariusza. Może dlatego Wieczyński tak bardzo trafił w moje (czy innych również?) widzenie tamtego czasu, bo to przedstawiciel tego samego pokolenia, osiągającego dorosłość właśnie w świetle migaczy na milicyjnych „sukach”? „Wolność jest w nas...” nie jest tylko opowieścią o dramacie uwikłanego w politykę duchownego, ukazanym w szerokiej panoramie ponurej (choć z subtelnymi przebłyskami humoru) rzeczywistości lat osiemdziesiątych. To historia męczennika... Może na takim wizerunku zaważył, wciąż trwający proces beatyfikacyjny księdza Popiełuszki? Atmosfera filmu z każdą upływającą sekwencją staje się coraz gęstsza. Popiełuszko zaczyna sobie uświadamiać, a widzowie odczuwają to wraz z nim, obecność donosicieli, „cieni” z SB, prowokatorów, usłużnych wobec totalitarnego państwa pracowników aparatu sprawiedliwości. Niemal jawne podrzucanie „dowodów” podczas rewizji, matactwa pani prokurator, śledzenie, wreszcie listy z pogróżkami, oszczerstwa w prasie i bezpośrednie ataki- to wszystko zdaje się zapowiedzią końca, który my, widzowie rozpostarci w wygodnych kinowych fotelach- znamy, ale który zdaje się przewidywać również Ksiądz. Gdy postanawia mimo to zostać w Kraju, nie przerywać swej duszpasterskiej działalności, wstępuje tym samym na drogę wiodącą do męczeństwa. To nie przypadek. To świadoma decyzja uwzględniająca wszelkie konsekwencje... Kilka miesięcy temu w Piszu, podczas rozmów na temat zmiany nazwy ulicy Karola Świerczewskiego właśnie na ul. ks. Jerzego Popiełuszki, jeden z mieszkańców zadał pytanie: „A co Popiełuszko zrobił dla Pisza?”. Pytanie tak absurdalne, że nie zasłużyło na odpowiedź... Nieoczekiwanie tej odpowiedzi dostarcza film. Odpowiada on wszystkim wątpiącym, wszystkim tym, którzy zapomnieli, którzy najchętniej pozostaliby przy oklepanym „a komu to wszystko było potrzebne?”.
I jeszcze jedna uwaga. Tak się składa, że nazajutrz po obejrzeniu filmu, przywieźliśmy do Muzeum Ziemi Piskiej wystawę, przygotowaną przed pięcioma laty przez białostocki Instytut Pamięci Narodowej. Bardzo czytelna, w sposób prosty i jednocześnie wyrazisty opowiada dzieje księdza Jerzego. Ale podczas montowania ekspozycji, patrzyłem na zdjęcia przez pryzmat kadrów z filmu. Odczuwałem niedosyt takich czy innych ujęć, fragmentów dokumentów, książek, tych samych, które leżały na filmowym biurku księdza Jerzego. Wraz z kolegami z Muzeum, wspólnymi siłami, trochę chałupniczo podjęliśmy próbę rozbudowania wystawy. Z jakim zdziwieniem, w odszukiwanych na potrzeby wystawy dokumentach, listach do księdza Popiełuszki, fragmentach homilii czy wspomnieniach, odnaleźliśmy filmowe sceny. „Ekranowe” sytuacje, dialogi, nawet korespondencja, wnętrza mieszkań czy zachowania ludzi – to wszystko zostało oparte na wiedzy źródłowej. Tę dbałość o szczegół uświadomiłem sobie, gdy podczas przygotowywania wystawy o Księdzu Jerzym, w książce wydanej w „drugim obiegu” („Kochany księże Jurku... Listy do księdza Jerzego Popiełuszki”) natrafiłem na list z pogróżkami, zapewne efekt prowokacji SB, odczytywany na ekranie przez Joannę Szczepkowską (grającą własną matkę), z niezwykle sugestywnym – „nienawidzę” – wobec autorów anonimu. A prymas Józef Glemp (gra... prymasa Józefa Glempa), podczas rozmowy z księdzem Jerzym wypowiadający słowa, które mogą oznaczać zarówno troskę jak i świadomość niezrozumienia.
Czyżby więc film fabularny miał wartość dokumentu? Warto obejrzeć znakomity obraz Rafała Wieczyńskiego. A przy okazji warto też obejrzeć ekspozycję w Muzeum Ziemi Piskiej pt. „Sługa Boży ks. Jerzy Popiełuszko”. Tylko do końca marca.
Waldemar Brenda
|
Ksiądz Jerzy Popiełuszko... Nie tylko w kinie...