Zamyślenia nad... O tym pisano w gazetach… Rozprawa o pewnym „Cudzie”

ZNAD PISY

ROZMOWY KLIO...

Odsłon : 143902

O tym pisano w gazetach… Rozprawa o pewnym „Cudzie”
(18 głosów, średnia ocena 4.72 na 5)

 

„Dużym wydarzeniem w życiu kulturalnym miasta i gminy było rozpoczęcie budowy w czynie społecznym miejsko-gminnego ośrodka kultury w połączeniu z remizą strażacką. Wartość kosztorysowa rozpoczętego obiektu wynosi 5.500.000 zł. Ukończenie obiektu planuje się w 1982 roku.”[1] Słowa naczelnika miasta Biała Piska są dobrym wstępem, patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego, do pewnej historii, która mogła wydarzyć się tylko w tym mieście, tylko w tym miejscu.

 

Historia, którą przedstawiam poniżej, dotyczy okoliczności powstawania budynku przeznaczonego „Kulturze”, budynku, w którym od prawie trzydziestu lat mieści się Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Białej Piskiej, a w którym spędziłem ostatnie 4,5 roku swojego życia.

 

 

W roku 1977 miasto otrzymało, jak na owe czasy, chlubny tytuł Mistrza Gospodarności oraz nagrodę finansową w wysokości 500.000 zł. Rok później sukces się powtórzył z tą tylko różnicą, że wysokość nagrody wynosiła okrągły milion złotych. Wtedy też władze miasta zdecydowały, aby zdobyte fundusze przeznaczyć na budowę ośrodka kultury. Do inicjatywy tej dołączyła się finansowo straż pożarna, stając się tym samym, obok ośrodka kultury i biblioteki, trzecim współwłaścicielem przyszłego obiektu. Pomoc obiecały także zakłady pracy.

 

 

Jeszcze w tym samym roku, tj. w 1978, podjęto decyzję o lokalizacji obiektu. Tym miejscem okazał się sporych rozmiarów plac, który od południowego wschodu graniczył ze stawem, od północnego wschodu z główną arterią miasta, trzema blokami spółdzielczymi od zachodu i zabudowaniami po dawnej kuźni od wschodu. To umiejscowienie przyszłego domu kultury zatwierdził także Wydział Urbanistyki Urzędu Wojewódzkiego w Suwałkach. Inwestor, tj. Urząd Miasta i Gminy w Białej Piskiej, zlecił wykonanie projektu Terenowemu Zespołowi Usług Projektorskich w Piszu, a wykonał go doświadczony piski architekt. Poczynił on niezbędne badania geotechniczne i na ich podstawie zlokalizował budynek z dala od stawu, tuż obok ulicy, na istniejących tam starych fundamentach. Pomysł nie znalazł uznania w Wydziale Urbanistyki w Suwałkach. O przyczynach negatywnej decyzji zadecydował m.in. wygląd proponowanego budynku. „Był za prosty, bez żadnych zbędnych ozdobników. Ot po prostu funkcjonalny”[2]. Piskiego architekta nie poparł także Zespół Urbanistyczny w Augustowie, który w kwietniu 1979 r. odrzucił jego wizję budynku i nakazał w nowym projekcie nawiązać do starej zabudowy miasta. Z jednej strony była to dobra decyzja, gdyż należało zachować ciągłość architektoniczną, wkomponowując nowy budynek w dawny krajobraz, z drugiej strony jednak niezrozumiała zważywszy na to, że tuż obok znajdowały się trzy wybudowane kilka lat wcześniej kilkupiętrowe punktowce.

 

Drugi projekt sporządzony został przez mniej doświadczonego architekta. „Budynek miał być kolorowy, jedynie podpory i belki zewnętrzne miały pozostać w kolorze betonu. Sanitariaty i klatka schodowa zostały umieszczone w zaokrąglonej baszcie, co miało dodać budowli dodatkowego uroku. Z owej baszty znajdującej się na tyłach budynku wchodziło się wprost na ozdobione lampionami molo. Słowem – Cannes w Białej”[3]. Można powiedzieć, że miał robić wrażenie. Ponadto ta niezwykła budowla miała zostać powielona od strony południowej poprzez swoje odbicie w wodzie. O czym mówił sam pomysłodawca: „Jest to naturalna, podwójna nietypowość całego zadania architektoniczno-urbanistycznego, a tym samym chyba duży plus w dzisiejszym dość bezładnym i monotonnym naszym otoczeniu”[4]. Inwestor wiedząc, że finanse przeznaczone na budowę są niewystarczające, zwrócił się z apelem do mieszkańców miasta z prośbą o to, by wsparli projekt pracą społeczną. Tak też się stało. Mieszkańcy Białej Piskiej społecznie wiele godzin przepracowali przy budowaniu domu kultury.

 

„Miał to być obiekt niczym z zachodnich prospektów, kolorowy o pięknym kształcie i malowniczo wchodzący w wodę. Obecnie Biała Piska ma ośrodek kultury, który dzięki podstemplowaniom z desek, trzyma się cało. Z zewnątrz zaś wygląda jak betonowy bunkier ozdobiony kilkoma filarami. O molo już nikt nie mówi, bo trudno je wpuścić w zarośnięty, brudny stawek”[5]. Początek lat osiemdziesiątych nie był szczęśliwy dla planowanej inwestycji. Z powodu ogólnokrajowego kryzysu, inwestor, któremu ubywało funduszy, wydał zgodę wykonawcy na wprowadzenie oszczędnościowych zmian w projekcie. Wyrzucono z planów m.in. dodatkowe elementy podkreślające okna, donice, które miały zbierać wodę z rzygaczy, kolorystykę budynku, oraz molo. Takim sposobem powstała budowla na miarę możliwości Rejonowego Zakładu Budownictwa Wiejskiego w Białej Piskiej.

 

Z zainteresowaniem obserwowałam rosnącą powoli, ale systematycznie nietypową budowlę. Nietypową, bo nieprzypominającą stawianych dziś koszmarków – pudełek z betonu, pustaków a nawet cegły.”[6] W grudniu 1983 roku dzieło zostało ukończone, a 18 stycznia 1984 roku nastąpiła przeprowadzka z niewielkiego dwupokojowego budynku przy ulicy Warszawskiej 4 do nowo otwartego obiektu przy ulicy Świerczewskiego, gdzie oprócz ośrodka kultury swoje miejsce znalazła biblioteka i ochotnicza straż pożarna, a także harcerze i ZSMP. W budynku mieściła się również świetlica strażacka oraz sala narad Urzędu Miasta i Gminy Biała Piska. Mimo pewnych niedogodności, każdy cieszył się z tego, co miał.

 

 

 

Niestety rzeczywistość bywa okrutna. Otóż już w chwili oddania obiektu do użytku między basztą a pozostałą częścią obiektu pojawiła się rysa, która ciągnęła się przez całą wysokość domu kultury. W maju tego samego roku w miejscu rozchodzących się ścian założono plomby, ale i one popękały przy osiadaniu budynku. Niestety wspomniana oszczędność przyczyniła się również do tego, że sanitariaty w basztach już pierwszej zimy pozamarzały. Oryginalne rzygacze z ozdoby zamieniły się w szpecące kawały blachy wystające ze ścian baszt. Grażyna Ulążka, ówczesna dyrektorka Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Białej Piskiej, tak mówiła redaktorce czasopisma „Krajobrazy”: „Z rozrzewnieniem wspominam niedoszły projekt inżyniera. Tam były i małe sale, tak bardzo potrzebne na pracownie i duże – na większe imprezy. A w oddanym obiekcie no cóż. Pracownie wygospodarowaliśmy kosztem ogromnego holu i olbrzymich sal konferencyjnych. Wszystkiego nie dało się wykombinować. Do pracowni fotograficznej musimy donosić wodę, a ZSMP ma swoją siedzibę w stróżówce a raczej w portierni.”[7] W październiku 1984 r. nastąpiło niebezpieczne tąpnięcie. Użytkownicy domu kultury wystosowali list do Urzędu Wojewódzkiego w Suwałkach, opisując owe zdarzenie. Ze strony właściciela budynku, tj. Urzędu Miasta i Gminy, sprawę pilotowała Teresa Perzan inspektor do spraw budownictwa. W odpowiedzi Urząd Wojewódzki zalecał „natychmiastowe przeniesienie placówek do pomieszczeń zastępczych, gdyż obecny stan budynku może zagrażać życiu ludzi tam pracujących jak również zniszczeniem mienia państwowego”[8]. W prasie odnajdujemy taką wypowiedź dyrektor Grażyny Ulążki: „Budynku nie opuściliśmy, bo po prostu nie mieliśmy gdzie, ani jak się wyprowadzić. Zabezpieczono tylko prowizorycznie pęknięcie. No i zabroniłam organizowania dyskotek.”[9] Pod koniec 1985 roku do Urzędu Miasta i Gminy w Białej Piskiej dotarła ekspertyza sporządzona przez inżynierów W. Mrozka i M. Sawickiego specjalistów z politechniki Białostockiej, którzy stwierdzili: „…budynek został zaprojektowany na gruntach o małej nośności, co spowodowało jego nierównomierne osiadanie. Baszta osuwa się w stronę stawu i stopniowo odłącza się od reszty budynku. W ten sposób budynek powoli rozpada się na dwie części”[10]. Jesienią 1986 roku podstemplowano stropy baszty. W jednej z kronik znajdujących się w zbiorach Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Białej Piskiej odnalazłem taki zapis: „Wygląda na to, że nękani pogarszającym się stanem technicznym budynku, o którym już krążą legendy, musimy poddać się generalnemu remontowi”[11]. W czerwcu 1987 roku rozpoczął się wielki remont. Oddzielono fundamenty baszty od reszty budynku, co miało spowodować, że spoczywające na osobnych podstawach nie będą się one wzajemnie ściągać, co równoznaczne było z zapobieżeniem zawaleniu się budynku. Roboty budowlane zakończyły się w grudniu tego samego roku. W cytowanej już kronice pod datą 1 stycznia 1988 roku znajduje się taki zapis: „Jeszcze pachnie farbą! Miejmy nadzieję, że teraz już budynek nie rozpadnie się na dwie części…”[12].

 

Sprawą bialskiego domu kultury zainteresowała się dziennikarka czasopisma „Krajobrazy” – Romana Gozdek. Redaktorka przeprowadziła powiedzmy małe śledztwo, które miało wyjaśnić, kto ponosi odpowiedzialność za postawienie „bubla” grożącego zawaleniem, niebezpiecznego dla pracujących tam ludzi.  Wynikiem dochodzenia dziennikarskiego był artykuł „A miało być cudo” zamieszczony na łamach „Krajobrazów”. Autorka w reportażu wytyka nieprawidłowości, z których wyszczególnia brak przeprowadzonych badań geologicznych. Jak pisze: „…w dokumentacji budynku, która spoczywała w Terenowym Zespole Usług Projektorskich w Piszu ani śladu badań geologicznych”[13]. Tym samym przerzuca odpowiedzialność na projektanta, który według dziennikarki nie wykonał podstawowych czynności związanych z badaniem podłoża, na którym miał stanąć sporych rozmiarów budynek. W miejscu, które jeszcze kilkanaście lat wcześniej było stawem, tylko z czasem zasypywanym przez miejscową ludność. W artykule znajduje się fragment rozmowy telefonicznej pomiędzy autorką reportażu a projektantem. „Czy opierał się Pan na dodatkowych badaniach geologicznych przed przystąpieniem do projektowania budynku nad stawem. Konkretnej odpowiedzi nie otrzymałam. Były zapewnienia, że to konstruktor odpowiada za usytuowanie budynku, choć wszystkie plany i rysunki przeze mnie przejrzane, a dotyczące tej sprawy podpisywał inżynier. Projekt powstał dawno i projektant nie przypomina sobie szczegółów dotyczących badań geologicznych. On odpowiada tylko za wizję architektoniczną. Ze skargami do zespołu usług projektorskich w Piszu, a nie do mnie”[14]. Romana Gozdek kończy artykuł słowami, które świadczą o tym, że sprawa tytułowego „cuda” miała trafić przed trybunał sądu. Ale czy to miało miejsce? Nie wiem.

 

30 lat później …

 

W 2007 roku stawiałem pierwsze kroki po bialskim ośrodku kultury. Od pierwszego dnia dało się zauważyć kilka dziwnych rzeczy. Niby Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury, przynajmniej tak było napisane na tabliczce przy wejściu głównym, a tu pierwsze drzwi po lewej były wrotami do siedziby emerytów i rencistów. Pierwsze dwoje drzwi po prawej to ODR (Ośrodek Doradztwa Rolniczego), który powstał po tym, jak zabudowano płytą gipsową część dolnego korytarza. Dopiero za ścianą obecna była dyrektor tej placówki. Żeby tego było mało, przed budynkiem strażacy czyścili swoje wozy bojowe. Jak na ośrodek kultury to niezła mamałyga, ale to tak na marginesie.

 

 

 

Co do samego budynku.

 

Na zewnątrz. Budynek spękany szczególnie na łączeniach baszt z częścią główną budynku. Na ścianach mnóstwo szarych plam powstałych w wyniku łatania ubytków m.in. pozaklejano szczeliny w murze i dziury po poobcinanych żygaczach, a także pooblepiano bruzdy na krzywych, od ciągłego osadzania się budynku, filarach. Obiekt wzmocniony został betonową opaską, najszerszą rzecz jasna, przy basztach i przy filarach. Budynek, który miał niegdyś zachwycać, z wyglądu jest niczym innym jak tylko socrealistyczną wizją nie wiadomo czego. Z dzisiejszej perspektywy można by rzec, że jest to architektoniczny paszkwil na socrealizm. Przed gmachem pozapadany chodnik i pozapychane studzienki. Zawsze po większym deszczu powstawały w tym miejscu ogromne kałuże, które nie wysychały bez pomocy pomp strażackich. Wyglądało to tak, jakby nad domem kultury wiecznie wisiały chmury deszczowe i padało. Rozbawiał mnie przez kilka lat widok z okna pokoju instruktorskiego na plac przed budynkiem, gdzie ułożony w owal ciąg pieszy z ławeczkami i spacerujący chodnikiem ludzie wyglądali jak więźniowie na deptaku. Dziś plac został zmodernizowany. W miejsce powykrzywianych płyt chodnikowych pojawiła się kolorowa kostka brukowa, nowe, ładne ławki i co ważne śmietniki. Podobnie postąpiono z pofałdowanym chodnikiem przed samym gmachem. Dziś nie ma też już widzialnych na ścianach ubytków, ponieważ przykryła je warstwa styropianu i na nim pomalowanego, cienkiego tynku.

 

Wewnątrz. Oprócz wykończeń wnętrza rodem z poprzedniej epoki (lastryko, farba olejna na ścianach, boazeria, poplamione wykładziny), nie dało się nie zauważyć wielkich szczelin na podłodze i w suficie, które przez ostatnie 4 lata wielokrotnie były łatane. Niestety z czasem znów pojawiały się. Jeden z inspektorów budowlanych, odwiedzających przy okazji M-GOK w Białej Piskiej, oglądając powstałe szczeliny, powiedział, że żywotność tego obiektu to góra 10 do 15 lat. Na szerokich holach charakterystyczne były wielkie stalowe ramy okienne z popękanymi szybami. Wyglądało to tak, jakby to właśnie te ramy wzmacniały obiekt. Od kiedy w 2010 roku w wyniku termomodernizacji ramy powyrzucano na rzecz okien plastikowych istnieje, w mym subiektywnym odczuciu, obawa, że plastik może długo nie wytrzymać. Na korytarzach często śmierdziało spalinami przenikającymi przez drzwi od garażu OSP znajdującego się w tym samym budynku. Dzięki sprawnie prowadzonej polityce gospodarczej w jednostce kultury do końca 2010 roku doszło do wielu zmian w obrazie wewnętrznym ośrodka. Pozbyto się reliktów Peerelu, zamieniając je na nowe tynki, terakotę, nowy wizerunek sal instruktorskich.

 

Wprowadzone zmiany nie pomogły i nie pomogą w tym, że obiekt, który był budowany z myślą o kulturze, jest i będzie nadal mało wartościowy dla kultury pod względem funkcjonalności. W ośrodku kultury, w rozwijającej się jednostce, oprócz małych pokoików należących do administracji, znajdują się cztery pomieszczania do zajęć instruktorskich. To chyba niewiele. Zaznaczyć trzeba, że jedno z nich znajduje się w piwnicy z dwoma na wpół zamurowanymi oknami, przez które odkąd pamiętam, nie przeniknął nawet jeden promyk słońca. Wprawdzie budynek jest większy, ale nie można zapominać o świetlicy strażaków i pomieszczeniach bibliotecznych. Kiedyś był pomysł przeniesienia „kultury” do budynku po zlikwidowanym kinie „Muza”. Jednakże bardziej opłacalna dla władz miasta była jego sprzedaż. Tak też się stało. Istniał też pomysł napisania projektu do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na budowę sali widowiskowej z dodatkowymi pomieszczeniami. Ta opcja według włodarza miasta była nie do przyjęcia. Powód – tak po prostu – nie ma pieniędzy. Jeśli już nie zacznie się myśleć o przyszłości tego budynku i jego funkcji, to wydaje się, że dom i kultura będą istnieć w tym mieście do czasu, kiedy nie zmienią się w kupę gruzów. A na razie niestety pozostaje powiedzenie straceńców, „jeśli nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”.

 

Bogusław Trupacz

 

 

Tekst powstał na kanwie artykułu Romany Gozdek

drukowanego na łamach „Krajobrazów”.

 

 


[1] A. Bobowik, Dbają o rozwój kultury, w: „Gazeta Współczesna”, 21.05.1980

[2] R. Gozdek, A miało być cudo, w: „Krajobrazy”, 1989.

[3] Tamże.

[4] Tamże.

[5] Tamże

[6] K. Gałczyńska, Był potrzebny, no to zbudowaliśmy …, w: „Krajobrazy”, 28-29.04.1984.

[7] R. Gozdek, op. cit.

[8] Tamże.

[9] Tamże.

[10] Tamże.

[11] Kronika Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Białej Piskiej.

[12] Tamże.

[13] R. Gozdek, op. cit.

[14] Tamże.

 
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Wydarzenia

Brak wydarzeń
Czy wydarzenia kulturalne w Piszu spełniają twoje oczekiwania
 
Maj 2012
N P W Ś C P S
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2