Znani i mniej znani Osoby Konstanty Ildefons Gałczyński – w poszukiwaniu źródeł prańskiego mitu

ZNAD PISY

ROZMOWY KLIO...

Odsłon : 143927

Konstanty Ildefons Gałczyński – w poszukiwaniu źródeł prańskiego mitu
(37 głosów, średnia ocena 3.81 na 5)

15 lipca rano wysiedliśmy z warszawskiego pociągu na przystanku w osadzie Ruciane. Czekał na nas leśniczy [Stanisław Popowski]. (…) Byliśmy zmęczeni, niewyspani, ale droga przez Jezioro Nidzkie – najpiękniejsza ze wszystkich, jakie prowadzą do leśniczówki – rozbudziła nas. Cisza, spokój, pełne blasku i drżenia jezioro okolone gdzieś na horyzoncie ścianami lasów” -  tak spotkanie z Praniem w 1950r. opisała przed laty Kira Gałczyńska. Przyjechała tu z rodzicami. Ojciec – Konstanty Ildefons Gałczyński szukał na Mazurach wytchnienia, może ucieczki? Był to czas, w którym polską kulturę coraz mocniej ściskał gorset stalinizacji. Wiele wskazywało na to, że wśród poetów poddanych przez nowy system co najmniej marginalizacji, nolens volens znajdzie się Gałczyński. Choć przecież ten 45-letni poeta raczej nie nadawał się na bohatera walki z komuną…

 

Urodził się w 1905r. w Warszawie. Jego ojciec był urzędnikiem kolejowym. W czasie pierwszej wojny światowej ewakuowany wraz z rodzicami do Rosji. W 1930r., już po powrocie do kraju ożenił się z Rosjanką Natalią Awałow. Z tego związku w 1936r. urodzi się w Wilnie córka – Kira. Ona to po latach będzie spisywała liczne książki wspomnieniowe o ojcu i jedną o matce – „Srebrna Natalia”…

Zaliczony przed wojną do tzw. drugiej Awangardy, słynął z umiejętnego łączenia liryki i groteski. Zadebiutował w 1923r. w prasie, w okresie międzywojennym związał się z grupą literacką Kwadryga, następnie publikował w pismach satyrycznych i politycznych. Wśród tych ostatnich najbardziej „kompromitująca” w powojennej, komunistycznej rzeczywistości mogła się wydawać współpraca z tygodnikiem kulturalno-artystycznym „Prosto z Mostu” powiązanym  z Obozem Narodowo – Radykalnym. W latach 1931 -1933 pracował w Berlinie jako attache kulturalny, między 1934 a 1936r. był zatrudniony w Wilnie.

We wrześniu 1939r. zmobilizowany do Wojska Polskiego Gałczyński trafił do niewoli sowieckiej, skąd został przekazany Niemcom. Całą okupację spędził w stalagu, gdzie próbował tworzyć. Powstałe wówczas wiersze były publikowane w podziemnych wydawnictwach.

Gdy wojna się zakończyła, Gałczyński początkowo pozostawał na zachodzie. Powrócił do kraju w 1946r. i do razu włączył się w powojenne życie literackie. W Szczecinie, gdzie na krótko zamieszkał, w 1948r. założył „Klub 13 Muz”. W „Przekroju” utworzył „najmniejszy teatr świata”, czyli „Zieloną Gęś”. Pisał, występował, biczem satyry chłostał skazane na potępienie „drobnomieszczaństwo”, wytykał prawdziwe i urojone „wady narodowe”, zwłaszcza te, które przeszkadzały nowej, totalitarnej władzy. Wykpiwał „ciemnogród” rzekomo wyczekujący Andersa na białym koniu, świadomie - czy też nie – wpisując się w kłamliwą komunistyczną propagandę. Powoli włączał się w przedziwny dance macabre literata z systemem. Czesław Miłosz w „Zniewolonym umyśle” objaśniał to na swój sposób: „zawsze potrzebował mecenasa. Teraz znalazł wreszcie mecenasa naprawdę hojnego: państwo. Cokolwiek nie napisał, przynosiło mu obfite dochody.

A mimo to Gałczyński chyba nie do końca mógł liczyć na pełną akceptację ze strony nowego. Czy to nie dlatego na zjeździe Związku Literatów Polskich – tym, który współwyznaczał kierunki stalinizacji polskiej literatury - został zaatakowany przez ówczesnego hunwejbina socrealizmu Adama Ważyka? Oddajmy jeszcze raz głos Czesławowi Miłoszowi (z pełną świadomością, że był to autor do Gałczyńskiego od przedwojnia uprzedzony): „chciał służyć księciu. Aby istnieć jako poeta, potrzebował dobrotliwego księcia, który bawi się i rozumie (…), że pieśń – półpoważna, półdrwiąca – jest ważniejsza. Takich książąt nie ma już od dawna. Książe, w którego mocy był Delta [takie miano nadał Miłosz Konstantemu Ildefonsowi] tolerował go przez pewien czas, nie dlatego bynajmniej, że podobały mu się jego pieśni; pieśń jest tylko środkiem do osiągnięcia celu. Książe zmarszczył brwi gniewnie, kiedy pieśni Delty przestały mu się opłacać”. Czy rzeczywiście objęty został wówczas zakazem publikacji - jak twierdzą niektórzy? Raczej nie, skoro po pamiętnym zjeździe jego nazwisko nadal pojawiało się w prasie. Gałczyński miewał jednak także inne problemy. Chorował. Od rzeczywistości często uciekał w alkohol… Wedle wspomnień córki, kiedyś mieszkanie Gałczyńskich odwiedził Ziemowit Fedecki. „Gospodarza w domu nie było, zastał tylko Natalię we łzach. Zgaszona, smutna, radziła się przybysza, dokąd wyjechać? Wszędzie już byli: w domach Zaiksu, w domach Z[wiązku] L[literatów] P[olskich]. Wszędzie panował alkohol. „To mu jeszcze bardziej zaszkodzi…”- mówiła [Natalia Gałczyńska] jakby do siebie”.

To właśnie z tych powodów zapadła decyzja o chwilowym usunięciu się z głównego nurtu wydarzeń. By przeczekać, gdzieś „na boku” ewentualne ataki? Czy raczej odnaleźć miejsce, gdzie „do najbliższej budki z piwem jest kilkanaście kilometrów”? Za namową Ziemowita Fedeckiego udali się na Mazury, do zagubionej wśród lasów i jezior Leśniczówki Pranie. Niektórzy chcieliby w tej decyzji widzieć wygnanie lub swoistą emigrację wewnętrzną, inni – poszukiwanie na łonie natury odpoczynku od życiowych pokus.

Wiele mitów wiąże się z pobytem Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Puszczy Piskiej. Niezbyt uważni goście istniejącego dziś w Praniu muzeum, mogliby uznać, że poeta spędził tu co najmniej szmat swego życia, zamiast łącznie kilkunastu miesięcy w ciągu czterech wiosenno - letnio - jesiennych sezonów. Ale był to ważny okres dla literackiego spadku K.I. Gałczyńskiego. Tu przecież powstały takie poematy jak „Wit Stwosz” (zakończony pięknym prańskim przypisem, który w antologiach żyje bytem samoistnym: „Dom na wzgórzu. Z oknami dziesięcioma./W każdym oknie pelargonia nieruchoma.// Dom ceglany w słońcu się rumieni/jakby wielkie jabłko na jesieni.//”), „Niobe”, „Kronika Olsztyńska” i inne utwory. Towarzyszy im refleksja nad historią, sztuką, przyrodą, ale także nad sobą samym... I choć nie zawsze można ją uznać za refleksję głęboką, bo Gałczyński bardzo daleki jest od rozumienia historyczno-kulturowej specyfiki miejsca, w którym się znalazł (na usprawiedliwienie można zapytać, kto ją wówczas, w tragicznej powojennej rzeczywistości - a i wiele lat później – naprawdę potrafił zrozumieć?), a pisanie o „olsztyńskich lasach” w sercu Puszczy Piskiej może wskazywać, że drastycznie upraszczał przy okazji także rzeczywistość geograficzną – to przecież w powstałych wówczas utworach smakujemy cały, znakomity kunszt poety, do dziś dnia zaliczanego do najbardziej poczytnych twórców pierwszej połowy XX stulecia.

Jednak wydaje się, że prawdziwych źródeł prańskiej legendy Gałczyńskiego należy szukać nie tylko w tym, co w leśniczówce nad jeziorem Nidzkim napisał, ale co mógłby napisać, gdyby procesu twórczego odradzania poety nie przerwało przedwczesne odejście. Bo gdy  w listopadzie 1953r. po kolejnym sezonie opuścił Mazury - jak się niekiedy uważa - po to, by przygotować swą przeprowadzkę na stałe, „wszystko przerwał śmiertelny atak serca w grudniowy szary poranek. W trzy dni później na warszawskich Powązkach, zwanych wówczas wojskowymi, odbył się cichy, wręcz ponury pogrzeb”.

To jednak nie był koniec związków Gałczyńskiego z Praniem i Prania z Gałczyńskim. Raczej można mówić o początku, jeśli porównamy czas, w którym zaznaczyła się obecność poety w „domu na wzgórzu” za życia i po śmierci. Okolice leśniczówki nabierały popularności wraz z przybywającym tu na wakacje warszawskim światkiem pisarzy, artystów i dziennikarzy. Ruciane, Krzyże, Karwica, Szeroki Bór i inne miejscowości stawały się po prostu modne. Siłą rzeczy zyskiwało też Pranie. W 1961r. w ceglaną ścianę budynku wmurowano tablicę pamiątkową. Cztery lata później powstała izba pamięci. A potem ożyła idea utworzenia tam prawdziwego muzeum. W 1980r. nastąpiło uroczyste otwarcie placówki, w której strażniczką pamięci poety, na długie lata została jego córka - Kira Gałczyńska. Spod jej ręki wyszły książki o ojcu i leśniczówce (m.in.: „Leśniczówka Pranie. Muzeum K. I. Gałczyńskiego”, Warszawa 1989; „Mazurskie szlaki Gałczyńskiego”, Warszawa 1986; „Konstanty syn Konstantego”, Warszawa 1990; „Nie wrócę tu nigdy czyli pożegnanie z Mazurami”, Warszawa 1998). O Gałczyńskim na Mazurach pisali także Andrzej Drawicz, Zbigniew Chojnowski, Wojciech Kass i inni. Może nawet zasadne byłoby zapytanie, czy którykolwiek poeta współczesny doczekał się tylu publikacji, eksponujących jego związki z jednym tylko miejscem?

Ale chyba nie tylko dlatego Pranie „żyje” w powszechnej świadomości. Od 1983r. w sezonie letnim organizuje się w leśniczówce cykle koncertów poetycko-muzycznych pt. „Muzyka u Gałczyńskiego”, które stanowiły jeden z wielu czynników, nadających miejscu kulturalnej jakości. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych pojawiły się kolejne imprezy artystyczne, zwykle naprawdę dużego formatu.

Pani Kira przebywała w Praniu do 1996r. Gdy wyjechała, Muzeum K.I. Gałczyńskiego zaczął kierować przybysz z Sopotu, poeta Wojciech Kass. Przysporzył leśniczówce nowego kolorytu, podsycając legendę Gałczyńskiego, ale i wzbogacając ją o własne literackie (i organizacyjne) dokonania… Pewnie dziś mógłby ktoś zapytać, ile w aurze otaczającej Pranie zostało z dawnego Konstantego Ildefonsa? Ale przecież i w Polsce, i tu - w regionie, wciąż się o nim pamięta. W 2009r. to rodzice i uczniowie wspólnie zadecydowali, aby Gimnazjum nr 1 w Piszu otrzymało imię poety.

Waldemar Brenda

 
Proszę zarejestruj się by móc dodawać komentarze do tego artykułu.

Wydarzenia

Brak wydarzeń
Maj 2012
N P W Ś C P S
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2